Pierwszy wpis nigdy nie należy do najlepszych. Zawsze miałem z tym problem, bez względu na to, czy rozdziewiczam swojego bloga, czy startowałem z innym portalem. Bo o czym tak naprawdę można napisać na dzień dobry? Gdybym był Piotrkiem Ogińskim powiedziałbym „siemanko, witam w mojej kuchni” i pozamiatane. Albo Ranjitem z Jak poznałem waszą matkę i mógł powiedzieć jego sławetne „Hello!”. A tak? Witajcie na moim blogasku. Kolejnym z lajfstajlowych, na którym będę pisał o wszystkim i o niczym. W sumie można, ale to takie banalne. Specjalnie nie przeglądałem pierwszych wpisów innych blogerów, ponieważ nie chcę powielać przetartych schematów, od których aż się roi w sieci. Może w takim razie najlepszym rozwiązaniem byłoby zostawić defaultowego posta, którym raczy nas wordpress zaraz po instalacji? „Witaj, świecie” i jechać dalej z właściwą treścią… No tak, to byłoby zbyt łatwe. Dlatego postanowiłem opowiedzieć Wam na dzień dobry pewną historię o sobie i o tym jaką drogę przeszedł ten blog od pomysłu do realizacji. A nie była to droga usłana różami.

Na początku był Kominek…

Tak jak wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa, tak Tomek Tomczyk doprowadził do założenia bloga. Wszystko zaczęło się w ubiegłym roku, a dokładniej jakoś w październiku. Przypadkiem trafiłem na jakąś większą kampanię z udziałem blogerów, której przewodził Kominek. Później trafiłem na jego bloga i, co rusz, oczom rzucała się jego książka na temat blogowania. Akurat w tamtym czasie po głowie chodził mi pomysł na ruszenie z własnym projektem – skromnym poletkiem, gdzie mógłbym wylewać swoje najróżniejsze myśli. W końcu przekonałem się i zamówiłem jego książkę. Najpierw chłonąłem jak gąbka Ludwika ebooka, czekając na wersję papierową. Dopiero potem zacząłem czytać raz jeszcze, ale tym razem z kolorowym mazakiem. Kiedy dobrnąłem do ostatniej strony (btw – bardzo dobrze napisana książka. Lepsza od drugiej części), dumny jak paw spojrzałem przed siebie i krzyknąłem w duchu „Będę blogerem!”

Od słowa szybko przystąpiłem do realizacji, jednak rzeczywistość okazała się zimną suką. Pojawiły się pierwsze problemy i rozterki – o czym będziesz pisał, młotku? Jak przekonasz do siebie Czytelników? Dobrze wiesz, że po lekturze tej książki każdy zacznie być blogerem, bo kogóż w końcu nie kusi zarabianie na tym, co się lubi? No tak. Tu się miałem. Nawet kiedy w notesie miałem już pierwsze szkice tematów do opisania. Wtedy był przełom października i listopada… A dziś mamy październik (znów). Czyli minął prawie okrągły rok. Czy te przeszkody przekreślają mnie z szansy o tytuł dobrego i poczytnego blogera? Nie ukrywam, zacząłem mieć takie myśli, tym bardziej, że chciałem w końcu należeć do tej samej branżuni co np. Krzysiek z WięcejLuzu, Janek z StayFly czy Arlena z Wittamina. Ich, poza pasją do pisania, łączy coś jeszcze, co mi imponuje. Bardzo luźny styl pisania.

Pewnie do dzisiaj tkwiłbym w martwym punkcie, a zeszyt z pomysłami na wpisy w końcu wylądowałby w ognisku. Przynajmniej kiełbaski by się dobrze piekły (tym bardziej, że jesień za oknem bardziej przypomina sierpniowe lato). Taki byłby z niego pożytek. Wtedy przypomniałem sobie anegdotę z książki Kominka. Opisywał w niej swojego przyjaciela Andrzeja, który również miał ruszać z własnym blogiem. Mimo ambitnych planów (jak zresztą u mnie) data premiery zaczęła się powoli odwlekać. Najpierw o dzień, później tydzień, dwa, miesiąc… aż do teraz. Wiedziałem, że jak się nie zepnę w sobie, to nigdy nie ruszę ze swoim blogiem. A cały ten czas pójdzie na marne. Co ma być to będzie. Nie muszę przecież podążać za trendami w blogosferze (swojego czasu bardzo jazzy było codzienne pisanie). Są tacy, którzy piszą raz na tydzień, inni nieco częściej, więc i ja znajdę swój rytm, który po pewnym czasie się wyrobi.

… a teraz jest projekt Sanzo.pl

Bez owijania w bawełnę. Ruszam z blogiem Sanzo.pl. Odszedłem od jakiegoś wymownego, chwytającego za serce adresu bloga, czy też długiej na cały wiersz anglojęzycznej nazwy, bo to się w ogóle mija z celem. A cel ma być następujący:

  • adres prosty do zapamiętania
  • adres krótki i treściwy
  • nazwa bloga odzwierciedla mnie w internecie (o tym będzie osobna notka)

Jeżeli wpadłem Ci w oko, dasz mi kredyt zaufania i chcesz być na bieżąco z moim blogiem, zacznij mnie śledzić ;). I nie mam tutaj na myśli stalkingu, a obserwowanie mnie w mediach społecznościowych. Kierunek i idea bloga będzie się rozwijała na bieżąco, dlatego teraz nie miejsce i pora na poruszanie tej kwestii. W ciągu najbliższych miesięcy blog przyjmie jakąś formę i wspólnie będziemy wiedzieć w jakim kierunku będzie podążał. Oczywiście mam swój zarys, ale – jak rzeczywistość potrafi zaskakiwać – zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Kto by pomyślał ;). Miał być krótki wpis powitalny, a wyszła całkiem obszerna notka. Dobrze rokuje, co? ;) 761 wyrazów, 4 834 znaków. Witam i zapraszam ;).

Na blogu nie działa jeszcze wszystko jak ta lala. Cały czas upiększam, dążę do doskonałości. Jak tylko doprowadzę bloga do stanu, kiedy stwierdzę, że jest to dzieło mojego życia – na pewno dam znać ;)

Wpis sponsoruje fotka z Unsplash.com by Rayi Christian W