Wiedziałem, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Nie wiedziałem jednak, że tak szybko. Z każdym kolejnym rozdziałem mangi Naruto nieubłagalnie zbliżaliśmy się do końca fabuły. Tak samo jak Kishimoto kończył swoją opowieść o huncwocie, któremu marzyło się zostać Hokage w swojej wiosce, tak i ja powoli zamykałem swój rozdział, który trwa już od kilkunastu lat. Nie przypuszczałem, że definitywny koniec mangi nastąpi w tym roku. Tak. Tak sobie powiedziałem, że wraz z końcem mangi Naruto, sam definitywnie odstawię na półkę japońskie komiksy. Powoli, stopniowo rezygnowałem z innych tytułów, które ongiś czytywałem. Podobnie było z anime. Kiedyś potrafiłem siedzieć po kilka godzin i patrzeć się w monitor jak nastolatki w plakaty Justina Bibera…

Koniec Naruto to koniec pewnej epoki, choć patrząc przez pryzmat ostatnich lat w mandze, niektórzy mogą się z tym twierdzeniem nie zgodzić. Ja tak nie uważam. Tak jak onegdaj była era Dragon Balla, tak teraz trwała – w sumie to nadal trwa – era Naruto (chociaż fani One Piece mogą powiedzieć analogicznie o swojej ulubionej serii). Już bez takiego szumu w naszym społeczeństwie, ponieważ polskie stacje telewizyjne schrzaniły po całości emisję Naruto w kraju. Zamiast porządnej kreskówki, którą małolaty mogły się inspirować i po osiedlu latać z Rasenganami i problemy rozwiązywać za pomocą shurikenów, Naruto został spłycony do poziomu Pokemonów. Wielka szkoda. Ale seria ma swoich wiernych fanów w internecie. Co tydzień – w każdą środę i czwartek miłośnicy przygód Uzumakiego wyczekiwali na nowe rozdziały mangi i odcinki anime. Teraz to pierwsze doczekało się swojego definitywnego końca.

Jak to się wszystko zaczęło…

W anime siedziałem od kilku ładnych lat (głównie dzięki Dragon Ballowi – notabene sporo osób zaczęło swoją przygodę od tego tytułu). W sieci tworzyłem kolejny serwis, który w głównej mierze miał się koncentrować na recenzjach obejrzanych przeze mnie tytułów (AnimeBlast, Otaku Design etc.). Pewnego razu w łapki wpadło mi nowe anime – Naruto. Niepozorny tytuł, o niezbyt rozbudowanej fabule, która – jak generalnie większość serii – mogłaby się skończyć na 24 lub 26 odcinkach. A jednak dałem mu szasnę. Szybko się okazało, że anime to wciągnęło mnie na tyle, że pierwszy raz zacząłem szukać wersji papierowej. A że w Polsce nie był to jeszcze tak znany tytuł, musiałem posiłkować się angielskimi skanami. Dni mijały, a ja zapatrzony w monitor komputera jak pies w schabowego na talerzu, chłonąłem kolejne rozdziały mangi. Tylko po to, by być na bieżąco z tytułem wydawanym w Japonii. Seria porwała mnie do tego stopnia, że założyłem serwis o Naruto (na pewno znacie portal Senpuu.net – tak, to ja jestem jego ojcem), który ewoluował w jeden z największym w Polsce ;). Wtedy tak naprawdę zaczęła się moja prawdziwa przygoda ze światem Naruto.

Moje pożegnanie z Naruto

Naruto poniekąd pozwolił mi rozwinąć mój kunszt pisarski. Do tej pory ograniczałem się do pisania recenzji anime, które oglądałem. A te pisałem na jedno kopyto. Wedle określonego szablonu, poza który starałem się nie wychodzić. Na Senpuu spłodziłem wiele wartościowych tekstów, z których do dziś jestem mega dumny. Wiem, że gdybym siadł teraz do ich ponownego opracowania, nie zrobiłbym tego lepiej. Zajrzyj na tę stronę i poczytaj m.in. o czym jest Naruto?, czy biografię Naruto lub Sasuke. Ale Naruto to nie tylko pisanie tekstów. To także poznawanie nowych ludzi i wyjazdy na konwenty. Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań czy Mrągowo – to tylko niektóre z miast, w których byłem dzięki tej mandze. Dzięki niej poznałem też pozytywnych ludzi, którzy interesowali się tym samym, co ja. Założyłem też forum, które w ciągu kilku lat przerodziło się w jedno z największych o tematyce manga/anime w kraju. A zaczęło się od Naruto.

Będąc fanem japońskiej kultury miałem okazję być gościem w Radiu Lublin i opowiadać o swoim zainteresowaniu. Ponadto w lokalnej gazecie ukazał się dodatek poświęcony mangom, gdzie miałem dla siebie całą rozkładówkę. A dla nastolatka był to naprawdę wielki wyczyn. Prawie jak skok ze stratosfery Baumgartnera. Czułem, że dorzuciłem swoją cegiełkę do tego fandomu.

Jednak z każdym rokiem moje zainteresowanie mangą i anime malało. Pojawiały się nowe obowiązki, przez co nie mogłem już zagospodarować tyle czasu na swoje hobby. Ale nie zaniedbywałem Naruto. Jako autor strony musiałem być na bieżąco nie tylko z mangą, ale i anime (choć z czasem przekazywałem coraz większą ilośś obowiązków na innych redaktorów). Sprawiało mi to przyjemność i po pewnym czasie ta właśnie seria była jedyną, którą czytam i oglądam po dziś dzień. A wczoraj wyszły ostatnie rozdziały mangi. Świetne zakończenie, które uwieńczyło piętnaście lat wydawanej mangi. Piętnaście lat, które były przepełnione smutkiem, radością, setkami godzin spędzonych na forum w spekulowaniu o możliwym przebiegu wydarzeń (kto jest liderem Akatsuki? Może Czwarty Hokage? Kto kryje się pod maską Tobiego? I czy Naruto będzie z Hinatą?). Szkoda, wielka szkoda. Ale tak jak wspomniałem na początku, ten dzień musiał w końcu nadejść.

Moje pożegnanie z Naruto

Czego nauczyło mnie Naruto?

Od zawsze powtarzałem, że japońskie komiksy są wdzięcznym zainteresowaniem. Wiele tytułów niosło za sobą jakiś przekaz, mądrość, która odnosiła się do życia codziennego. Nie to, co teraz serwują durne kreskówki dla najmłodszych. Tam to dopiero jest pranie mózgu. Dlatego też nie rozumiem tego powszechnego hejtu na „chińskie bajki”. Podobne wartościowe treści można wynieść z Naruto. Kishimoto przekazał przez usta swoich postaci sporo mądrości. Wymienię dla mnie tylko te najważniejsze, bo w siedmiuset rozdziałach mangi tyle ich padło, że nie sposób je zliczyć. A każdy zapamiętał te najważniejsze dla nas samych. A więc czego nauczyło mnie Naruto przez te trzynaście lat?

  • Przede wszystkim tego, by nie porzucać swoich marzeń. Będę gonił za nimi, nawet jeśli droga ku temu będzie usiana ostrymi kolcami.
  • Teraz już wiem, że nie ma sensu ciężko się starać, jeśli nie wierzy się we własne siły. Jeśli upadnę sto razy, to wiem, że i tak się podniosę. Co z tego, że cały ufajdany kurzem i posiniaczony. Ważne, że bogatszy o nowe doświadczenia.
  • Pamiętam, że porzucanie swoich przyjaciół w potrzebie jest równoznaczne z traktowaniem ich gorzej niż śmieci.
  • Pamiętam, że jestem jedyny i wyjątkowy. Każdy z nas jest dobry w zupełnie różnych rzeczach. A w połączeniu z umiejętnościami innych osób, mogą powstać naprawdę fajne pomysły.
  • Wiem, że są takie osoby, dla których jestem ważny i potrzebny i mogę nie mieć o tym zielonego pojęcia.
  • Wiem też, że sam daleko nie zajdę. Muszę mieć wokół siebie najbliższe mi osoby, bo dzięki nim będę miał siłę stawić czoła wszelkim przeciwnościom. To na nich będę mógł liczyć w chwilach zwątpienia. Dzięki osobom, który są dla nas najważniejsze, mogę stać się naprawdę silny. Silny na tyle, bym mógł ich bronić. Tak jak oni pomagają mi realizować się w życiu, spełniać marzenia, tak i ja im w tym pomogę.

Po piętnastu latach kończy się Naruto. Po trzynastu latach kończy się moja przygoda z tym tytułem. A po blisko piętnastu zamyka się mój rozdział ze światem mangi i anime. Definitywnie. Zostaje teraz pustka, która tak naprawdę szybko zapełni się nowym hobby. Bo bez tego człowiek jest nudną istotą. Co to za życie bez zainteresowań.

Na pożegnanie z Naruto dla wszystkich fanów dedykuję pierwszy, a zarazem jeden z najlepszych endingów w anime ;).

Sayonara Naruto, Sayonara mina~!