Szanuję Cię, drogi Czytelniku, kiedy masz odmienne zdanie. Naprawdę. Nawet z chęcią napił bym się z Tobą wódki, bo rozmowa byłaby naprawdę ekscytująca. Niekoniecznie w barze, choć to miejsce neutralne. Żaden z nas nie miałby przewagi nad drugim. Ale w tym momencie to ja jestem gospodarzem. Mój dom jest Twoim domem, o ile umiesz się zachować z klasą. I lubię dyskusję, a wiesz dlaczego? Bo zderzają się dwa bieguny, dwa punkty widzenia i wreszcie dwie osoby (albo i więcej – zależy gdzie odbywa się dyskusja), które muszą stanąć w szranki w udowadnianiu swojej racji. Jeżeli rozmawiasz ze mną na poziomie i nie plujesz jadem – okej. Możemy rozmawiać. Ale jeśli z góry zakładasz, że rozmowa będzie sprowadzała się do nawrócenia mnie na „właściwą drogę”, to wybacz, ale podziękuję. Drzwi do mojego domu nie będą otwarte dla Ciebie.

Irytują mnie osoby, które uważają się za lepszych od wszystkich. Takie, które swój punkt widzenia uważają za jedyny słuszny i jakakolwiek dyskusja mija się z celem. A nie, zaraz. Przyklaskiwanie jak najbardziej tak – kto tego nie lubi, prawda? Ale to już nie jest dyskusja, zapomniałem. Gorzej jeśli pod tekstem, który właśnie wypociliśmy, pojawią się osoby o innych poglądach. Och, matko głupich, gdzie byłaś, kiedy te niewiniątka cię potrzebowały? Dyskusja zaczyna się wtedy, gdy dwie strony przedstawiają swoje racje. Na początku wszystko przebiega kulturalnie. Wokół stołu stają zainteresowane osoby i Twój adwersarz wykłada argumenty i czeka na odzew. Wszystko przebiega w miłej atmosferze. Ale w pewnym momencie autor tekstu nie wytrzymuje. Łapie się za głowę i przerażony poziomem wypowiedzi zaraz wybuchnie, jak grupa narodowców 11 listopada w stolicy. Widzi, że nie może wybić z głowy klawiaturą jego chorych poglądów. I co robi?

Najpierw odpowiem Ci, co ja bym zrobił w takiej sytuacji? Zakończył temat, bo moją misją nie jest wpajanie ludziom swoich poglądów. Dopiłbym swoją lufkę z wódką i odszedł od stołu. Zostawił resztę zdaną na siebie. Na blogu jest niestety inaczej. Tutaj nie mogę tak po prostu wstać od stołu i wyjść. Jestem gospodarzem i muszę reprezentować jakiś poziom. Nawet w dyskusji w komentarzach. Przez treść przedstawiam swój punkt widzenia i jeżeli ktoś się z nim zgadza – fajnie, schlebia mi to. Jeśli dzięki moim poglądom ktoś stwierdzi „faktycznie, przecież można na to spojrzeć z tej perspektywy”, będzie mi jeszcze bardziej miło. A gdyby okazało się, że moim tekstem wywołałem dyskusję – byłbym w siódmym niebie i chętnie bym poznał zdanie drugiej, trzeciej, piątej i dziesiątej osoby.

Blogi mają za zadanie przedstawiać subiektywny punkt widzenia. I jego się trzymać, nawet poza nim (np. w czasie dyskusji na innym blogu, gdzie został poruszony identyczny problem). Czytelnik wchodzi na swoją odpowiedzialność, a skoro do nas trafia to znaczy, że chce poznać opinię na dany temat od konkretnej osoby, a nie medium, które choć trochę stara się być obiektywne.

Jest jeszcze druga metoda na zatwardziałego buca. Można zacząć wyzywać go od debili – sam tej metody nie praktykuję, bo szanuję swoich czytelników i adwersarzy w komentarzach. Ale pamiętaj, że gdzie nie pójdziesz, musisz liczyć się z tym, że do pleców przypną Ci plakietkę „debil” tylko za to, że masz odmienne zdanie, co autor tekstu. Taki gospodarz nie robi dobrego wrażenia. I nie bardzo chce się do niego wracać. Przejść obok można, ale bez wdawania się w dyskusję.

Przykre, ale niestety prawdziwe. Niektórym osobom chyba za bardzo się wydaje, że mogą zwojować świat. Błędnie, ale nawet tym najlepszym czasem się wydawało, że mogą dużo, a później wychodzą na tym, jak Zabłocki na mydle.

Można dyskutować na dwa sposoby: kulturalnie i wulgarnie. Przykładem pierwszego rodzaju dyskusji są komentarze u mnie lub np. pod ostatnim wpisem Muszkietera (nota bene, szykuje się kolejny kryzys w blogosferze?). Sporo osób się z nim nie zgadza i „atakuje” go, ale Damian w sposób jak najbardziej profesjonalny broni się i trzyma się swojego stanowiska. Jak widać gospodarz zachowuje się jak należy. Drugi przykład? Burzliwy temat dawania klapsów dzieciomHani. Rozmowa do pewnego momentu przebiegała wzorowo, ale zamiast zakończyć ją w sposób należyty, padają mocne słowa. Wyzwiska, bo trudno zaakceptować, że chodzą po świecie osoby, które mogą mieć odmienne zdanie. Albo ja, albo nikt. Przykład podaję nie bez powodu. Brałem udział w tej dyskusji, zajmowałem w niej twarde stanowisko i zamiast spotkać się ze zrozumieniem jako dyskutanta (oprócz mnie podobne stanowisko przyjęło jeszcze kilka innych osób), to skwitowano jednym słowem. Tytułowym z dzisiejszego wpisu.

Jeżeli chcesz być szanowany, zacznij szanować innych. Jeżeli chcesz być czytany, przyjmij go godnie, a nie odstraszasz go swoim zachowaniem od dalszego komentowania.

– Sanzo ;)