Wychodzę z założenia, że świat jest zdeterminowany prawem równorzędnej wymiany. Coś za coś. Jeżeli przeżywasz pasmo nieszczęść, nadejdzie taki dzień, gdzie los odwdzięczy Ci się przyjemnym za nadobne. Działa to też w drugą stronę – gdy nagle zauważasz, że wszystko idzie po Twojej myśli, wiedz, że lada moment coś się spieprzy. Podobnie jest w alchemii – jeżeli chcemy coś zyskać, musimy coś poświęcić. Najlepiej o tej samej wartości. Gorzej jeśli Karma ma względem Ciebie inne plany i wszystko, co napisałem wyżej diabli wzięli…

To był naprawdę ciężki tydzień. Na blogu dało się odczuć moją absencję, ale życie prywatne zdominowało ostatnie pięć dni. Wybacz, ale wszystkiemu winna jest karma, z którą wydawało mi się żyć w zgodzie. Do tej pory układało nam się wybornie – wspólnymi siłami zachowywaliśmy równowagę, dzięki któremu świat mógł istnieć dalej. Ale w ostatnim czasie coś nie było nam po drodze, przez co ktoś musiał na tym ucierpieć. Padło na mnie, więc… fuck you, Karmo!

Poniedziałek

A zaczęło się w poniedziałek – dzień, jak co dzień. Kolejny tydzień szkoleń, z dala od pracy. Można na chwilę zapomnieć o tamtejszych obowiązkach i drukującej się książce na Targi. Tak tylko mi się wydawało. Żona po pracy nie przyniosła dobrych wieści. Książka przyszła. Super! Będzie do portfolio. Ale szef ma jedną uwagę. Damn… Dałem ciała? O nie, nie. Sanzo nie daje ciała. A jak daje, to nie byle komu. Co tym razem? Szczegół, na który mało kto zwróci uwagę. Oj tam, oj tam.

Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Karma się dopiero rozkręcała. Geniuszem musiał być ten, kto wymyślił hasło „nie lubię poniedziałków”. Polać mu!

Wtorek

Początek nowego tygodnia jakoś przeżyłem. Już wiedziałem, że moje układy z karmą zaczęły przybierać nieco inny wymiar. Ale czym mogłem jej podpaść? Przecież nie obgadywałem jej, a tym bardziej źle nie życzyłem. Nie może być chyba zła o to, że ostatnimi czasy nie poświęcałem jej tyle uwagi, ile powinienem. Nawet dla Was nie miałem zbytnio czasu przez pracę nad książką i szkolenia, o których będzie oddzielny wpis. Już myślałem, że ten dzień będzie normalny, że nic mnie nie zaskoczy. A przynajmniej będzie pozytywny.

W końcu przyszedł do mnie dyplom ukończenia podyplomówki (trochę na niego czekałem). Wystarczyło odebrać awizo na poczcie. Kiedy tak sobie stałem przy okienku, a szanowna pani Krysia szukała przesyłki dla mnie, zacząłem przeglądać swoje dokumenty. Nie wiem jaką musiałem mieć minę, ale chyba niezbyt tęgą, ponieważ Kryśka za szybą zaczęła kurczowo czegoś szukać. Chyba zbladłem, a ona chciała mnie ratować. Nie zemdlałem, na szczęście, bo nie mogę okazywać słabości. Musiałem zachować nerwy. W ręku miałem swoje prawo jazdy, a przed oczami datę jego ważności. Było do wczoraj. Kurwa.

Środa

Jak tylko otworzyłem oczy, wiedziałem, że po tym dniu mogę spodziewać się wszystkiego. Uzbrojony po zęby w czosnek i krzyżyk wyszedłem z domu. Czułem niepokój, jej oddech na szyi. Ale wiedziałem, że muszę stawić jej czoła. Dwa razy mnie zagięła. Tym razem miało być inaczej. Miało…

Po szkoleniu miałem podjechać po żonę do pracy. Pamiętałem, że prawo jazdy straciły ważność, ale kto nie lubi życia na krawędzi? Na pewno nie mój lanos. Musiał być w zmowie z Karmą. Nie wiem co mu obiecała, ale po południu nie chciał odpalić. Padł? Pamiętałem, że od kilku dni dziwnie się zachowywał. Odpalanie sprawiało mu trudności, ale przecież nie był na tyle stary, by właśnie wtedy wyzionął ducha.

Moja wiedza na temat samochodów stała na tym samym poziomie, co w dniu zdawania egzaminu na prawo jazdy. Wiedziałem gdzie pod maską jest silnik, płyn do chłodnicy i gdzie się wlewa Ludwika, żeby szyby były czyste. Reszta mnie nie obchodziła. Miał działać. Pierwsze podejrzenia padły na akumulator. Dusi się przy odpalaniu, więc cóż by innego? Myślałem, że wymiana akumulatora pomoże. Ale przeliczyłem się. Dwie stówy poszły… Trudno. Przynajmniej wiedziałem już, że to nie to i nauczyłem się wymieniać akumulator. Udało się załatwić jakiegoś mechanika, który za flaszkę rzucił okiem pod maskę. Rozrusznik, szczotki, bla bla. Będzie żył. Tyle zrozumiałem. Samochód na noc trafił do mechaników. Za późno. Wezmą go pod skalpel dopiero nazajutrz. Chyba pora wybrać się po drogie wino i kwiaty. Karma zdecydowanie sobie ze mną pogrywała.

Czwartek

Samochód u mechaników, a do pracy trzeba jakoś dojechać. Zapomniałem jak to jest jeździć autobusem. Odzwyczaiłem się dzieleniem powietrza z innymi ludźmi. I ten ścisk. I smród. Zwłaszcza rano. Kiedy stałem na przystanku wśród tłumów czekających na zielono-biało-czerwony kontener na sardynki, cholernie mi brakowało swojego wygrzanego fotela w lanosie. Ale co zrobić.

W czwartek postanowiłem załatwić papiery do wyrobienia nowego prawa jazdy. A jak lekarz, to cały dzień stracony. Normalka. Niestety Grażynka w rejestracji powiedziała, że najbliższy termin dopiero w przyszłym tygodniu. Szlag… Nie mogłem czekać. Wtem przypomniałem sobie, że Barney z HIMYM miał swojego człowieka od wszystkiego. Musiałem się z nim skontaktować. I co? Udało się. Jeszcze tego samego dnia odwiedziłem lekarza, który po krótkim „wywiadzie” wypisał mi kwit. Można? Można.

Zostało jeszcze tylko odebrać samochód. Był telefon od mechaników – lanos wskrzeszony i gotowy do szarżowania po lubelskich arteriach. Na miejscu jednak Mietek uświadomił mnie, żebym lepiej zaczął planować jakiś napad na bank, bo pasek klinowy do wymiany i nawiew, bo w ogóle nie działał. Żartowałem. Części do lanosa są tanie jak barszcz z osiedlowego. Przynajmniej nie będę musiał daleko biec w rajtuzach na głowie.

Karmo, co ja ci takiego zrobiłem?!

Piątek

Tygodnia koniec i początek, jak to śpiewał Liroy. Bardzo chciałem, by ten tydzień się już skończył. Ostatni dzień. Padłem ofiarą Karmy. Dawno nie miałem tak złego tygodnia. Byłem gotów zrobić wszystko, by już nic złego mi się nie przytrafiło. W piątek musiałem dowieść tylko papiery do Wydziału komunikacji i czekać na posłańca, który poinformuje mnie, że mogę odebrać nowe prawo jazdy.

Piątek to też kolejny dzień jazdy autobusem. Jak przystało na blogera, nadstawiałem ucho we wszystkie strony, żeby tylko usłyszeć jakieś ciekawe historyjki, którymi mógłbym się z Wami podzielić. Chyba nie trafiałem na odpowiednie trasy, bo nic, dosłownie NIC ciekawego się nie działo. Zazdroszczę innymi blogerom ;C. Jedyne, czym mogę się z Wami podzielić, to zdjęcie jakie pyknąłem w autobusie. Ale ostrzegam – dla osób o mocnych nerwach. Nie przypuszczałem, że w XXI wieku firmy, a tym bardziej firmy publiczne korzystają jeszcze z kroju Comic Sans. Też tak myślałeś? To mam coś dla Ciebie ;).

Comic Sans w MPK

Tym miłym akcentem tydzień dobiegł końca. W końcu na spokojnie mogłem się napić piwa blogerów, usiąść wygodnie z żoną i oddać się nowemu serialowi, który nas wciągnął jak wyjazdy zagranicę trzech muszkieterów z PiS-u. Ale o nim za jakiś czas, bo o serialach szykuję oddzielną notkę.

Droga Karmo, jeżeli czymś ci podpadłem, to mi powiedz. Myślę, że się dogadamy (chętnie podpowiem ci, kogo mogłabyś pomęczyć ;)) i kolejne tygodnie będą mniej zakręcone od ostatniego. Wiedz tylko, że tak łatwo się dam. Ciebie też Karma nęka?