W ostatnim wpisie o noworocznych postanowieniach zapowiedziałem, że opowiem Wam o moich planach względem bloga na najbliższy rok. Pisać zacząłem stosunkowo niedawno, do tego zaliczyłem lekki falstart. Ale przeszłość zostawmy za nami i skupmy się na tym, co może przynieść najbliższe 365 dni.

Jak każdy szanujący się bloger, wypada przedstawić swoją wizję bloga. Poniżej właśnie znajdziecie parę punktów, które będę starał się kurczowo realizować. No to lecimy:

Pisać, pisać i pisać!

Bo czym byłby blog bez tekstów? A pisanie dla Was nowych tekstów nie tylko umili Wasz czas, ale także rozwinie mój kunszt pisarski. Swojego czasu pisałem całkiem sporo (głównie na stronę o Naruto, a wcześniej recenzje obejrzanych anime) i nie mam tutaj na myśli szkolnych wypracowań. To się nie liczy, bo co to za pisanie pod presją? Żadne. Co innego, gdy piszę dla własnej satysfakcji.

Kiedyś (podobnie jak Jason) pisałem własną książkę. Taką z prostą fabułą, o bijatyce. Głównie przekalkowałem motyw Dragon Balla na polskie realia. To znaczy były polskie imiona, a bohaterowie łudząco przypominali tych z anime. Może niektóre moce były inne, ale główny bohater obowiązkowo umiał potraktować swojego przeciwnika Kamehamą. Od czegoś trzeba było zacząć. Zapisałem połowę zeszytu sześćdziesięcioczterokartkowego. W kratkę, bo jak bym pisał w linię, to wyszłaby książka dla emerytów. Mały format, wielkie litery.

Jedynym sposobem na poprawę kusztu pisania jest ciągłe pisanie

Jedynym sposobem na poprawę kusztu pisania jest ciągłe pisanie

Wątek się urwał. Straciłem zapał do pisania. Zeszyt powędrował w kąt i dziś nie mam się co łudzić, że gdzieś go znajdę. Na pewno wylądował z piekielnej otchłani z innych starymi, niepotrzebnymi zeszytami. I pomysłami na dobre treści. Kiedyś czytywałem książki. Nawet sporo. Dziś jest gorzej, bo codzienne obowiązki nie pozwalają mi na chwilę zapomnienia w ciekawej lekturze. Chyba że wyjdzie naprawdę dobra książka, to rzucam wszystko, chowam się do bazy zbudowanej z kilku krzeseł z kuchni przykrytych kocem i wylogowuję się z życia.

Dlatego mówię stanowcze „KONIEC”. Pisanie zawsze mnie jarało. Jak Londyn w 1666 roku. Kiedy przychodziła wena, pisanie sprawiało tyle przyjemności. Opuszki palców ścierały się na klawiaturze. Później kilka dni z zaklejonymi palcami. Teksty musiały się tworzyć w głowie, bo nawet na papier ciężko było przelać myśli. A w erze bloków z wielkiej płyty jeszcze nie było dyktafonów. Nie po wschodniej stronie Wisły.

Nie chcę się zarzekać tu i teraz, że będę Wam dostarczał teksty co dwa dni, jak każdy bloger próbuje. Pisanie pod presją daje taki sam efekt, jak pisanie wypracowanie na kolanie na przerwie przed polakiem. Mizerny… Będzie tekst, to będzie. Na pewno nie zostawię tygodnia bez nowego tekstu na blogu. Chcę Was raczyć dobrą treścią, bo w końcu content is the king, right?

Blog Forum Gdańsk i Blogowigilia

To postanowienie dotyczy już stricte blogosfery. Są dwa wydarzenia, które w jednym miejscu gromadzą dziesiątki blogerów na metr kwadratowy. Wiem, że jako praktykujący bloger mam krótki staż i czasem takie beniaminki mogą jedynie pomarzyć o wejściówce na największą imprezę blogerów w kraju. Ale nie poddam się. Będę pracował na to, by moje zaproszenie zostało pozytywnie rozpatrzone. Ale nie osiągnę tego sam. W tym wypadku potrzebna jest społeczność – czyli Wy. Musicie mi pomóc, tak więc polecajcie bloga, a przede wszystkim bierzcie czynny udział w życiu Sanzo.pl (lajkujcie, komentujcie, a nawet zapraszajcie mnie na zapiekanki).

A nawet jeśli nie powiedzie się z Blog Forum Gdańsk, to zostaje jeszcze jeden event, na który wydaje mi się, że będzie się łatwiej dostać. Chodzi o grudniowe spotkanie w stolicy – Blogowigilię. Z roku na rok widzę, że organizatorzy chcą zagwarantować wstęp jak największe liczbie osób, więc wierzę, że i dla mnie znajdzie się miejsce. Fajnie by było przybić piątkę z tyyyyloma blogerami. A przede wszystkim poznać ich na żywo, a nie tylko zza szklanego ekranu i niebieskiej społeczności.

Do obu wydarzeń jeszcze grubo ponad pół roku, więc nie pozostaje mi nic innego jak zakasać rękawy i wziąć się ostro do roboty.

Jeśli te dwa eventy się nie udadzą, to zostaje mi jeszcze jedno. Poznawać blogerów w innych okolicznościach, jak lokalne spotkania. Blogosfera jest specyficzną społecznością i wiem, że sam daleko nie zajdę. Potrzebne są kontakty, spotkania, bo to nie tylko daje mega motywacyjnego kopa, ale i chęć do dalszego rozwoju bloga. I siebie.

Dwa punkty, ale najważniejsze. Nie będę się rozdrabniał na jakieś mniejsze postanowienia, bo to bez sensu. Poza tym jest jeszcze cały rok na masę nowych wyzwań, o których mogę Was informować na bieżąco, a nie z tak wielkim wyprzedzeniem. Oszukałbym Was i samego siebie, a tego już bym nie przeżył. A nie chcę szukać ratunku to tabliczkach gorzkiej czekolady.


Oprócz tego podzielę się z Wami jeszcze postanowieniami, które wraz z Nowym Rokiem wprowadzam w swoim życiu. I nie są to czcze postanowienia, które pewnie po kilku dniach padną, a konkrety, które już od początku stycznia zostały wprowadzone w życie. Ergo – nie jestem hipokrytą, jeśli ktoś chce mnie zaraz tak nazywać po piątkowej lekturze.

Planowanie domowego budżetu

Największy priorytet. Najwyższa pora zapanować nad bałaganem w wydatkach. Do tej pory gdzieś z tyłu głowy zapamiętywałem na co mniej więcej szły pieniądze w danym miesiącu i nawet kiedy wychodziłem z założenia, że do następnej wypłaty powinno zostać jeszcze tyle i tyle, to zawsze spotykałem się z rozczarowaniem. Gdzie się podziały pieniądze? Przecież powinny jeszcze zostać. Dla testu starałem się notować w grudniu pojedyncze wydatki i okazuje się, że największą zmorą portfela są przekąski typu batoniki, pizzerki etc. Koniec. Przeczytałem niemalże wszystkie artykuły Michała Szafrańskiego na temat planowania domowego budżetu i jestem gotowy na pełną kontrolę własnych wydatków. Na pierwszy rzut oka zbieranie paragonów i rozpisywanie poszczególnych wydatków wydaje się syzyfową pracą, ale wiem, że gra jest warta świeczki. Na podstawie planera wydatków stworzyłem własny plik excelowy. Dostosowany bardziej pod moje potrzeby. Jeśli system Michała po moich poprawkach się sprawdzi, nie wykluczam, że w przyszłości się nim z Wami podzielę.

Cała Polska chciała rozliczyć trzech muszkieterów z Madrytu, tak ja sam siebie rozliczę z każdej złotówki wydanej w danym miesiącu. Mając statystyki z kilku miesięcy (np. pół roku), będzie można wyciągnąć całkiem ciekawe wnioski.

Nauka HTML/CSS

O moich podejściach do nauki kodowania stron www można napisać wiele elaboratów. Pierwsze próby sięgają czasów liceum, kiedy chciałem zarabiać na tym samym, co mój brejdak. A co! Siedzisz w domu, gapisz się w lapka, tłuczesz jakiś niezrozumiały dla zwykłego śmiertelnika kod i tyle. A potem na konto wpływa hajs i można leżeć do góry brzuchem.

A na poważnie – blog stoi na wordpressie, ale wszyscy mówią, że każdy kto zna podstawy htmla jest w stanie wyedytować szablon na własne potrzeby. Zgadzam się. Kilka zmian jestem w stanie zrobić, ale wiem też, że sporo nauki przede mną, by w pełni świadom lawirować między linijkami kodu. Uwierzcie mi, chciałbym opanować HTML i CSS na tyle dobrze, by potem poznawać arkana PHP, a motyw na bloga był tylko punktem wyjścia. Później powinno pójść jak z płatka. A miejsce w rankingu najładniejszych blogów u Pawła gwarantowane. W tym roku najwyższa pora przysiąść do tematu na poważnie, bo przypomniała mi nawet o tym gwiazdka ;).

Poza zabrać się za siebie

Półtora roku temu na ślubnym kobiercu powiedziałem sakramentalne „TAK” swojej ukochanej. Nim jednak do tego doszło, postanowiłem zrzucić kilka kilogramów. Dla zdrowia, dla siebie. A tak naprawdę chciałem kupić garnitur o jeden rozmiar mniejszy. Udało się. Kilka ćwiczeń dziennie i poranne bieganie przyniosło efekty. Nie udało się kupić mniejszego garnituru, ale udało się osiągnąć cel. Dziś mija półtora roku od ślubu, a waga zaczęła chyba sobie ze mnie kpić. Za każdym razem jak na niej stawałem, pokazywała 5 kg więcej. Nie przypominam sobie, bym szedł w ślady Roberta Burneiki i ładował w siebie stejki na masę. Z tyłu głowy zapaliło się czerwone światełko.

Robert Burneika

Do tego pana raczej mi nie śpieszno…

— Sanzo, musisz przystopować, bo niedługo trzeba będzie wymienić pół szafy – powiedziałem do siebie, podziwiając swój bojler w lustrze. – Chyba, że chcesz chodzić z rozpiętymi spodniami.

— Spoko, dopóki nie przekroczę 90 kg na wadze, nie śpieszy mi się rezygnować z kulinarnych przyjemności – odpowiedziało mi lustrzane odbicie w szafie. – Najwyżej kupimy sobie spodnie na gumkę. Nie pitol i rób to zdjęcie na Insta…

Okej, pomyślałem sobie, niech i tak będzie. Ale przyszły święta. A w święta, jak to w święta. Dwanaście dań i każdego trzeba było spróbować. Dwanaście prac Asteriksa przy tym się umywało. Później wizyta u szwagra i rodziców. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Bigos, smażone rybki, pięć odmian ciast i dziesięć odmian wędlin. Żyć nie umierać. Dobrze, że spodnie miały kilka guzików, to po każdym większym talerzu mogłem odpinać kolejny. Ale święta się skończyły i nadszedł czas refleksji. Przypomniałem sobie rozmowę z alter ego i z ciekawości stanąłem na wadze.

— O MATKO BOSKO CZĘSTOCHOWSKO!!!!1111jedenjeden – krzyknąłem… Oczywiście w myślach, bo nie chciałem zdenerwować żony. Waga nagrzana do czerwoności, a licznik wielkimi krokami zbliżał się do zakazanej liczby. – O nie mój drogi, koniec tego. Nie przekroczymy magicznej liczby.

I tak właśnie wziąłem się za siebie. Póki co są ćwiczenia. Nawyki żywieniowe zmieniam małymi kroczkami, bo nie chcę, by organizm zaczął się buntować. Ci, co próbowali, wiedzą co mam na myśli. Za oknem na razie zima, pizga złem, dlatego z bieganiem wstrzymuję się do pierwszych krokusów. Wiem, że mi się uda.

Rozwijać się jako grafik

Grafikę traktowałem zawsze jako dodatek. Nigdy na poważnie. Coś tam umiałem zrobić na swoje potrzeby, gdy trzeba było przygotować graficzkę na stronę. Nigdy nic na poważnie. Dopiero za sprawą żony zacząłem traktować grafikę na poważnie. Kiedy zacząłem pracę w wydawnictwie, byłem żółtodziobem. Tym bardziej, że musiałem nauczyć się programu do składaniu tekstu. QuarkXPress – pierwszy, zaraz po Wordzie, program, w którym uczyłem się przygotowywać książeczki do druku. Jaki byłem z siebie dumny, gdy mogłem spoglądać na efekt końcowy w postaci fizycznej książeczki, którą szykowałem z zimnym potem na szyi. Byle tylko nie walnąć jakiegoś babola. A i tak nie obeszło się bez wpadek. Dzięki Bogu w drukarni szybko zareagowano. Otóż popełniłem czeski błąd z okładką. Zaprojektowałem lustrzane odbicie i to co powinno być na froncie, było na odwrocie i na odwrót ;).

Od tamtego dnia w marcu miną cztery lata. W międzyczasie zrobiłem podyplomówkę z grafiki wydawniczej, a ostatnio zaliczyłem szkolenia z Photoshopa, Illustratora i InDesigna. To dało mi ogromnego kopa. Nie mogę przestać, muszę się ciągle rozwijać. Tym bardziej, że jestem totalnym laikiem. Wszystkiego uczę się sam, a jestem w gorszej sytuacji, bo nie mam predyspozycji do rysowania itp. Ale w ciągu tych kilku lat wyrobił mi się zmysł estetyczny i z roku na rok moje prace są coraz lepsze.

Marzeniem każdego grafika jest własna firemka, elastyczne godziny pracy, projektowanie w samych majtkach przy filiżance dobrej kawy. A nie jakaś praca dla korpo-wyzyskiwaczy, którzy płacą mało, a wymagają jak najwięcej. Ja nie wiem czy widziałbym się w takiej roli – małego przedsiębiorcy. Póki co dobrze mi tu, gdzie pracuję, choć czasami mam chęć rzucić to wszystko w pizdu. A bo rutyna, ciągle klepanie tego samego. Zero rozwoju. Tylko we własnym zakresie.

Co prawda raz na jakiś czas pojawiają mi się takie pomysły z tyłu głowy, ale nigdy nie traktowałem tego na poważnie. Czas pokaże. Może po tym roku bliżej mi będzie do własnej działalności?


Oczekiwania i postanowienia na ten rok nie są jakieś wygórowane. Bardziej przyziemne i na wyciągnięcie ręki. I takie właśnie postanowienia powinniśmy sobie planować pierwszego stycznia. Realne, a najlepiej takie, w kierunku których podjęliśmy już jakieś działania. Łatwo jest napisać kilka rzeczy na papierze, ale gdy przychodzi co do czego, to ciężko ruszyć dupę z łóżka i wziąć się do roboty. Wiem coś o tym…

Cholera, wieczorem trening. Chociaż dzisiaj święto. Nic się nie stanie, jak sobie jeden dzień odpuszczę. Nie, nie. Takie wymówki mogę znajdować sobie każdego dnia, a wtedy wyjdę na mięczaka.