Miesiąc temu (rychło w czas Sanzo, rychło w czas…) pojawił się w sieci raport Biblioteki Narodowej przy współpracy z TNS Polska, dotyczący czytelnictwa za rok 2014. Co z niego wynika? Dobrze nie jest, ale i tragedii nie ma. Ogólnie nie czytamy, a niektórzy nawet nie wiedzą jak wygląda książka grubsza niż instrukcja obsługi mebla z IKEI. Dlaczego tak rzadko sięgamy po książki? Przecież żyjemy w czasach, gdzie tradycyjna książka jest coraz częściej wypierana przez elektroniczne nośniki. A co za tym idzie – cena przyjemności oddania się ulubionej lekturze spada. A bardziej dociekliwi zobaczą, że książka, której szukają może być dostępna za darmo.

Ale najpierw parę suchych faktów:

41,7 % Polaków oświadczyło, że w mijającym roku przeczytało przynajmniej jedną książkę. To o 2,5 % więcej, niż dwa lata wcześniej. Do 12,3 % wzrósł odsetek czytających od 3 do 6 książek (2012 r. – 10,8 %), 1-2 książki – 16,4 % (2012 r. – 15,7 %) oraz więcej niż 7 książek – 11,3 % ( 2012 r. – 11,1 %).

Smutne. Ten fakt pozostawię bez komentarza, bo odpowiedź na ten cytat znajdziecie niżej.

Czy wiecie, że najwięcej książek czytają młodzi w wieku 15-19 lat (71 %), a także uczniowie i studenci? Nie ma się co dziwić, skoro na lekcjach języka polskiego wymagają przerabiania trzech/czterech lektur w ciągu miesiąca, a na studiach humanistycznych w ciągu jednego semestru wymagają dwadzieścia buchów po 300 stron każda. Najlepiej z notatkami. To tak samo zajebiste, jakby powiedzieć, że większość studentów, to młodzi z wieku 19-24 lata.

Częściej po lekturę sięgają także osoby zadowolone ze swojej sytuacji materialnej (54%) oraz mieszkańcy miast powyżej 100 tysięcy mieszkańców (ponad 50%).

Serio? Mam więcej hajsu, to sobie pozwolę na zakup trylogii Władcy Pierścieni, wydania delux Harry’ego Pottera, Pięćdziesięciu twarzy Greya lub serii książek o Jane Austin. W końcu to lepsze niż pójście do biblioteki i wypożyczenie książki. Chyba niektórzy nadal się wstydzą tego, jak zakupów w lumpeksach dziesięć lat temu. Chociaż nie. Do biblioteki chodzą wyłącznie uczniowie i studenci.

Identycznie jest w drugą stronę: Gorzej z czytaniem jest u ludzi mieszkających na wsi i tych, którzy żyją od pierwszego do pierwszego. Przecież to oczywiste. Na wsiach nie inwestuje się w biblioteki, bo i tak społeczeństwo woli pójść do sklepu i pół dnia przesiedzieć na ławeczce przy dobrym winie. Jedyną lekturą jest skład trunku drobnym maczkiem napisany na etykiecie.

Do rzeczy. Bez owijania w bawełnę. Na chwilę wcieliłem się w Malanowskiego, ale bez partnerów, i zrobiłem małe dochodzenie. Przyczyn jest kilka, ale do najważniejszych można zaliczyć:

Psychoza po nadniemnowych opisach

Kto nie miał styczności z tą książką w młodości ten z policji. Piszę styczności, bo tylko hardkorowcy i przyszli poloniści oddawali się tej lekturze i po trzech tomach nie mieli dość patrzenia na przyrodę. Gorszy już tylko może być maraton obrad sejmu. Ja wymiękłem po dziesięciu stronach i jak głupi szukałem streszczeń w księgarniach. Poniekąd ten syndrom dotyczy starszego pokolenia, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo niestety nie orientuję się jak wygląda obecny kanon lektur w szkołach. Po Nad Niemnem nie jeden potrzebował detoksu od książek. Inni bali się sięgać do kolejnych lektur z pozytywizmu. Uraz pozostał do dziś. Zwłaszcza kiedy przekonuję kogoś, że to od niego zależy, co będzie chciał przeczytać. A szkoda, bo wiele ciekawych książek można dziś przeczytać. Bez przymusu. Nie na ocenę.

Wolę film

Trochę przykre, ale tak to właśnie wygląda. Zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Kiedy wśród znajomych rozmowa schodzi na temat filmu, a ja wyskakuję jak Filip z konopi ze stwierdzeniem, że wolę książkę, zapada niezręczna cisza. I to nie taka, kiedy nie wiesz o czym zagaić do przyszłych teściów. Gorzej, bo wszyscy patrzą na Ciebie jak na głupka, który stracił kilkanaście godzin na coś, co można obejrzeć w dziewięćdziesiąt minut z ładną obsadą aktorską. O Mater Dei…

W dobie cyfryzacji sporo osób woli sięgnąć po ekranizację dobrej książki. DOBREJ KSIĄŻKI, a ile świetnych pozycji umyka takim mugolom? Znacznie więcej, bo świat jest niesprawiedliwy i naprawdę dobrzy autorzy giną wśród takich gniotów jak np. Pięćdziesiąt twarzy Greya.

Ile ma stron?!

Od kilku lat nasz mózg potrafi jednorazowo przetrawić 160 znaków lub 40 – wszystko zależy od tego, na jakim portalu społecznościowym siedzisz. A najlepiej to nie analizowałby znaków, tylko pochłonął jak Rosja Krym obrazek ze Snapchata lub Instagrama. A jeżeli chcesz więcej, to musisz odpocząć, bo zwoje mózgowe się zawieszą, a przed oczami uraczy Cię blue screen. W podstawówce wypożyczało się książki, których grubość nie przekraczała grubości dziecięcego portfela. Czyli maksymalnie 50 stron. Z czego połowa to rysunki. Z wiekiem ilość stron nie powinna nikogo razić. Sam czasem jaram się jak most łazienkowski w Warszawie, kiedy książka mojego ulubionego autora ma grubo ponad 400 stronic. A dla niektórych to i tak za dużo. Albo nie sięgnie, albo poczeka na film (patrz punkt wyżej).

Otaczają mnie analfabeci

Szkoda czasu

Ile rzeczy można zrobić w tym samym czasie, który poświęcimy na czytanie książki? A może przejdę Diablo 3 po raz dwudziesty, stracę kilka godzin na scrollowaniu walla na fejsie tudzież przeczytam dziesięć blogów, bo dawno ich nie odwiedziłem. Okej, co innego, gdyby ktoś ten czas miał poświęcić na coś ambitnego. Podnieść skilla w Photoshopie lub poćwiczyć nowe przepisy z Kuchennych Rewolucji. Gorzej, bo w czasie kiedy możemy poćwiczyć naszą wyobraźnię, a nawet wzbogacić język, wolimy się odmóżdżać przy rzeczach, które tak naprawdę nic sensownego nie wnoszą do naszego życia. A chyba lepiej nauczyć się czegoś nowego, niżeli ewoluować w jakiegoś troglodytę.

Nic więc dziwnego, że dorastamy w kraju analfabetów. Zawsze znajdziemy wymówkę, by nie sięgnąć po lekturę. Ciekawe ilu z nas pamięta jeszcze jak wyglądała okładka ostatniej książki jaką trzymaliśmy w rękach. Co dziwne – mimo że definicja książki w tym badaniu jest tak szeroka, to liczby są zatrważające. Niby mała poprawa, ale nadal wypadamy blado.

Zrób coś pożytecznego dla swojego mózgu i poświęć mu godzinkę czytania. Szkoda Ci kasy na wersję papierową, to poszukaj ebooka. W sieci jest cała masa serwisów udostępniających pdfy, epuby czy mobi. Sporo teraz książek ma swoją elektroniczną wersję. Raz, że mózg będzie Ci dozgonnie wdzięczny, a dwa – Ty też na tym skorzystasz. Nie tylko poprawi Ci się (może nie od razu) elokwencja, ale również wyrobisz sobie zdolność abstrakcyjnego myślenia. A nuż trafisz na książkę, która wciągnie Cię do tego stopnia, że godzina przerodzi się w trzy lub cztery godziny czytania?

A Ty pamiętasz tytuł książki, jaką ostatnio czytałeś? Komentarze są do Waszej dyspozycji. Może znajdę jakiś ciekawy tytuł dla siebie? Wierzę, że nie zaniżacie statystyk, bo skoro czytanie blogi, to czujecie parcie na wchłanianie literek ;). A tymczasem wracam do przygód Cottona Malone’a spod pióra Steve’a Berry’ego – Dziedzictwo Templariuszy.

Otaczają mnie analfabeci