Kolejna przerwa na blogu zmusiła mnie do pewnych przemyśleń. Stuka kolejny miesiąc życia w blogosferze, a liczba wpisów jak stała, tak stoi. Jak widły w gównie. Zacząłem zastanawiać się, skąd to się bierze. Nie straciłem zapału, żyję na wysokich obrotach, czasami stoję przed wyborem zrezygnowania z czegoś na rzecz innej rzeczy. W końcu sobie uświadomiłem w czym problem.

Każdy z nas stawia sobie pewne założenia, cele do realizacji, dzięki którym będzie mógł wieść życie na poziomie. Może nie Mount Everestu ale takiego Pałacu Kultury. W końcu kto chce ciułać za najniższą krajową albo męczyć się w pracy, która jest dla niego karą za te kilka lat zbijania bąków w młodości. Niektórzy tak muszą. Albo po prostu postanawiamy w sobie coś zmienić. Najlepszą do tego okazją są np. noworoczne postanowienia, które – jak dobrze wiemy – po kilku tygodniach z reguły szlag trafia…

A wystarczy przecież chcieć. Wystarczy umieć zagospodarować sobie trochę czasu w ciągu dnia na to, co nas kręci, w czym chcemy się rozwijać. Początki zawsze są świetne – rozpiera nas energia, która tryska każdym możliwym ujściem z ciała. Zaangażowanie i determinacja ponad normę. Niczym Stachanow wyrabiający 300% normy. Nie widzimy niczego innego poza rzeczą, której chcemy się poświęcić. Emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, decydujemy się na pewne zobowiązania pod wpływem chwili. Chwili, która tak naprawdę jest zazdrością. Zobaczyłeś, że ktoś (znajomy czy szafiarka-celebrytka) spełnia się w tym co robi i przy okazji ma z tego niezły hajs. Nie? Znam to bardzo dobrze, bo sam podjąłem kilka takich decyzji, których później żałowałem, bo kompletnie się w tym nie widziałem. Ale przynajmniej spróbowałem. A czasu nikt mi nie odda…

Czasami problem leży po stronie predyspozycji. W końcu nie wszystko musimy umieć. Każdy z nas sprawdza się w czymś innym. Ty możesz mieć świetny sopran i dajesz koncerty po parafiach w swojej diecezji. Inni zaś lepiej sobie radzą z komputerami, aparatem, haftem albo sprzedażą w Żabce. A czasami wina leży po naszej stronie i naszym podejściu do konkretnej rzeczy. No to pora przedstawić winowajcę. Przedstawiam Wam…

Słomiany zapał

Słomiany zapał

W sumie tak mógłbym mieć na drugie imię. Czasami aż korci mnie zajrzeć do aktu urodzenia, czy rodzice nie dali tak mi na drugie imię, mając na uwadze fakt, że urodziłem się w niedzielę. Ale nie mam, bo mam inne, do którego nie chętnie się przyznaję. Część mogłaby rzec, że słomiany zapał stoi za wieloma porzuconymi w kąt pomysłami czy projektami. Ileż było takich rzeczy, które zaczynałeś z uśmiechem na twarzy i motywacją? Wszystko szło ładnie, pięknie, ale do pewnego czasu. Okazywało się bowiem, że efekt końcowy, który miałeś niemalże przed oczami, nieubłagalnie odciągał się wraz z kolejnym dniem, tygodniem, a nawet miesiącem. Nawet sam cieśla z Nazaretu nie jest w stanie zliczyć pomysłów, którymi parałeś się przez ostatnie lata. Uwierz mi. Wiem po sobie, bo naprawdę – każdy z nas to przerabia. Jedni dłużej, drudzy krócej. Zawsze wtedy zganiamy na słomiany zapał. Owszem. Można tak to ująć, ale uświadomcie sobie jedno – nie ma czegoś takiego jak słomiany zapał. Określenie to jest pięknym ubrankiem na pewną cechę, która charakteryzuje część naszego społeczeństwa. Śmiem nawet twierdzić, że całego, tylko niektórzy nauczyli się nad tym panować. Po prostu zabili ją w zalążku. Dlatego odnoszą takie sukcesy.

Dlatego osiągają cele, które sobie założyli.

Dlatego to nie Ty dostajesz #darylosu, a kto inny.

Dlatego zamiast Ciebie na pierwszej stronie Forbsa jest Twój znajomy, który wiedział czego chce.

Dlatego to nie Ty jeździsz na ekskluzywne imprezy z arabskimi szejkami, tylko jakieś modelki z Instagrama.

Dlaczego? Bo jesteś leniem! Tak – słomiany zapał, który często nam towarzyszy, nazywany jest zwykłym lenistwem. Dlatego jak najszybciej trzeba posypać głowę popiołem, wziąć dupę w troki i dołożyć wszelkich starań, by się nie poddać. Chcesz być kolejnym Jobsem albo Gatesem? Działaj. Nikt za Ciebie nie odwali czarnej roboty. Żeby odcinać kupony, trzeba najpierw na nie zapracować. Chyba nie chcesz potem być wytykany przez obcych, a przez najbliższych obgadywany, że co z Ciebie za leń, że z takim podejściem do życia daleko nie zajdziesz.

Jeśli już chcesz się czegoś podjąć, to zrób to z rozwagą. Usiądź, zaplanuj. Bez dobrego planu nie masz co liczyć na powodzenie. Sukces nie rodzi się tak od razu. Prawie zawsze wymaga od nas zaangażowania, nieraz absolutnego poświęcenia. Czasem się rodzi w bólach, w końcu bez pracy nie ma kołaczy. A takim planem może być zwykłe zagospodarowanie np. 30 minut dziennie na nową rzecz. Mało, prawda? Wystarczy tak niewiele, a efekty mogą przejść najśmielsze oczekiwania.

W tym miejscu powinna być jakaś puenta, ale dopiszę ją, jak mi się zachce. Myślałem, że dobrnę do końca, zanim złapie mnie słomiany… tzn. lenistwo.