6.30. Elektroniczny kogut zaczyna piać wniebogłosy, przypominając że najwyższa pora zwlec się z łóżka. Przecieram niewyspane oczy i pierwsze co robię, patrzę w lewo. Jest. Żona jest na miejscu. Jeszcze śpi. Zazdroszczę jej. Jeśli chodzi o sen, to ma twardszy ode mnie i nie słyszy budzika. Poza dudniącym echem dzwonka w uszach, czuję, że pobudce towarzyszy coś jeszcze. Ulga. Ulga, bo dzisiejszy poniedziałek jest inny. W końcu skończą z przypominaniem na każdym kroku o wyścigu szczurów o fotel prezydencki. Włączam TV – kampania. Włączam radio – kampania. Fejsbuk – kampania. Otwieram lodówkę – kampania.

Poranny rytuał wygląda tak samo. Szykowanie kanapek do pracy, śniadanie, ogarnięcie się i wyjazd do pracy. W tle leci ulubiona stancja informacyjna, która wprowadza mnie w bieżące wydarzenia.

Zanim wsiądę do lanosa, muszę pokonać niemały dystans na parking. Z reguły mijam się z gimbazą, która z grymasem skazańca idzie do szkoły, moherami, które żwawym krokiem Korzeniowskiego pędzą na poranną mszę. Codziennie mijam na ulicy sąsiadów z klatki. Niektórym kłaniam się w pas, a na widok innych odwracam głowę w przeciwnym kierunku. Moja relacja z nimi kończy się na standardowym „dzień dobry” i ich polityczne preferencje obchodzą mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg na Boże Narodzenie, którego de facto nie było. Rutyna. A mimo to poniedziałek jest inny.

W pracy mam to samo. Osiem godzin przed komputerem klepiąc projekt, którego deadline szef wyznaczył na za dwa tygodnie… temu. Ale przywykłem do tego. Życie szybko weryfikuje pewne kwestie, przez co zaoszczędziłem sobie ciągłego stresu. A mimo to poniedziałek jest inny. Ten sam projekt wygląda już zupełnie inaczej niż w piątek. Prawie tak samo jak poglądy Komorowskiego po ogłoszeniu wyników pierwszej tury.

Ludzie z pracy szepczą po kątach, komentują ostatnie wydarzenia. Nie Eurowizję, przecież my tam prędko nie odniesiemy sukcesu. Też nie legalizację związków małżeńskich homoseksualistów w Irlandii. Przecież u nas w ogóle nie ma tematu. Żyją wczorajszymi wydarzeniami, jakby od tego miało zależeć ich życie. Teraźniejszość i przyszłość. Ale mnie to nie obchodzi. Zamiast mitrężyć czas na słuchanie peror, patrzę przed siebie, głosem automatycznej sekretarki witam się z ludźmi z pracy i pędzę dalej. Przecież za pięć lat kto inny może reprezentować Twój zadek. I co wtedy? Kolejne obietnice, kalkulacje, androny i prośby o głosy. Walka na słowa. Fair, nie fair. Jedna strona wyciągnie blokowanie etatu na uczelni, a druga dziadka z Wehrmachtu. Kto da więcej. Tylko skąd na to wszystko pieniądze? Najbliższe lata wszystko zweryfikują. Ale ja mam ten komfort, że nie uzależniam swojej przyszłości od człowieka i jego frakcji politycznej.

Tak, dzisiejszy poniedziałek jest inny niż zawsze. Nawet majowe kasztany wyglądają inaczej w oczach maturzysty, który idzie decydować o swojej przyszłości. Na przystanku ludzie patrzą na siebie nieufnie i zganiają jeden na drugiego wyniki wyborów. Teraz będzie tylko gorzej. Nawet gołębie – symbol pokoju – krzywo spoglądały na przechodniów. Z jeszcze większą nienawiścią. Współczułem ludziom, którzy akurat przechodzi pod ich kuprami.

Dzień po wyborach prezydenckich

„Jestem kowalem swojego losu”

Z tą mądrą dewizą idę przez świat. Ile sobie wypracuję, tyle mam. Jak sobie pościelę, tak się wyśpię. Wypiję piwo, które sobie naważyłem. I inne tego typu teksty. Sami wiecie. Nie oczekuję od prezydenta, że będzie mi się żyło lepiej. Tak naprawdę to on niewiele może, bo żeby jego ustawy miały szanse na wejście w życie, musi mieć po swojej stronie rząd. I senat najlepiej. W przeciwnym razie jedyne, co będziemy oglądali, to czcze gadanie, że on chce, ale nie może, bo tamci są fe.

Nie oczekuję od prezydenta, że znajdzie mi rozwiązanie na zakup mieszkania przy pensji 2 000 zł (dobry tekst napisał o tym Tomek). Brutto czy netto? Nieważne.

Nie oczekuję, że znajdzie sposób, by mnie zatrzymać w kraju. Jeżeli sam sobie nie zaplanuję życia, prawdopodobnie będę zmuszony szukać funciaków na zmywaku w Anglii albo eurosów na plantacji truskawek w Holandii. Tylko co z tego? No właśnie nic. Sam muszę zadbać o własne finanse. Z pomocą przychodzi m.in. Michał Szafrański, który w bardzo przystępny sposób opowiada o tym, jak oszczędzać pieniądze. Przecież mamy kryzys, więc musimy zaciskać pasa. Jak Grecja. Pieniądze leżą na ziemi. Trzeba tylko wiedzieć gdzie ich szukać.

Nie oczekuję, że pod wpływem niesprzyjających wyników wyborów po pierwszej turze, znajdzie kompromis na wcześniejszą emeryturę. Jeżeli ustawię się tak, że praca będzie sprawiała mi przyjemność, mogę pracować nawet do osiemdziesiątki.

Niczego nie oczekuję i Tobie radzę to samo. Im szybciej zdasz sobie z tego sprawę, tym wcześniej zaczniesz układać sobie przyszłość. Bez spoglądania na słupki wyborcze. Wtedy niedzielny wieczór mógłbyś spędzić na luzie, np. oglądając Warsaw shore, niż obryzgując paznokcie przy ogłaszaniu wstępnych wyników.